Historie sukcesu
Trzeba wierzyć w ludzi
Historie sukcesu
Trzeba wierzyć w ludzi

Studenckie życie w stoczni
Moi wujkowie pracowali w stoczni, byli inżynierami, często szefami budów konkretnych statków. Dorastałem w tym klimacie i byłem mocno nim przesiąknięty, więc kiedy wybierałem się na studia, to zdecydowałem się na ówczesną Politechnikę Szczecińską i najtrudniejszy na tej uczelni Wydział Elektryczny.
Od zawsze byłem społecznikiem, na studiach zostałem wybrany na Starostę i byłem nim przez całe studia. Studentem byłem zupełnie normalnym, raczej przeciętnym. Zdarzało mi się dość często zamiast na wykłady, pójść z kolegami na brydża (śmiech). Po studiach trafiłem do Stoczni Szczecińskiej, do niewielkiej, dość elitarnej grupy inżynierów, którzy zajmowali się uruchamianiem często bardzo skomplikowanych urządzeń – radionawigacji i łączności na nowo budowanych statkach. Spędziłem w stoczni prawie dziesięć lat. W pewnym momencie zacząłem się tam nudzić. Stocznia budowała wtedy 10-12 statków w rocznie. Dla nas pracy było na 2,3 tygodnie miesięcznie plus próby morskie. Średnio na każdego z nas w grupie przypadało sześć statków. Przez resztę czasu siedzieliśmy w biurze, trochę się szkoliliśmy, ale głównie piliśmy kawę, czytaliśmy gazety i dyskutowaliśmy o bieżącej sytuacji w kraju. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że nie mogę tak spędzić reszty życia i zacząłem myśleć o tym, żeby wyjść poza stocznię.
Bornholm, wiatraki i wielki biznes
Wpadłem na pomysł założenia spółki. Namówiłem do tego pomysłu dziesięciu kolegów. To była pierwsza spółka z.o.o. założona w Szczecinie, nazwaliśmy ją EPA (Elektronika, Pomiary, Automatyka). Wszyscy wokół nas pukali się w czoło i mówili: Co wy robicie? Na pewno nie będziecie mieli pracy, zleceń. Okazało się inaczej. Prawdziwy świat nowoczesnych rozwiązań technicznych i wielkich możliwości biznesowych był poza stocznią. Bardzo szybko nasza firma zaczęła rosnąć, otrzymywaliśmy mnóstwo zleceń, mieliśmy mnóstwo pomysłów. Pod kątem biznesu początek lat 90-tych był świetny. Robiliśmy rzeczy, których wtedy w Polsce nie było, na przykład dla Polskiego Ratownictwa Okrętowego zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy system łączności wzdłuż całego polskiego wybrzeża. To były pionierskie działania. Przyszedł rok 97 albo 98 – teraz dokładnie nie pamiętam. Zabraliśmy z żoną dzieci, rowery i pojechaliśmy na Bornholm. W trakcie jednej z przejażdżek zobaczyłem wiatraki i pomyślałem: Dlaczego nie ma ich u nas? I po powrocie do Szczecina zacząłem działać.
Dzięki wcześniejszej współpracy z kilkoma duńskimi firmami udało mi się spotkać z ówczesnym zarządem firmy Vestas, która już wtedy była światowym liderem w projektowaniu i produkcji turbin wiatrowych. Zresztą dzisiaj za sprawą nowej, wielkiej inwestycji w Szczecinie stała się bardzo znana w Szczecinie i Polsce. Wtedy, podczas tej pierwszej wizyty dyrektor ds. Handlu Vestasa pokazał jak te wiatraki (tak potocznie o turbinach wiatrowych mówimy) działają. Okazało się, że to nie takie proste, żeby tę nowoczesną technikę wdrożyć na polskim rynku. No, ale ja byłem uparty. Wymyśliłem, że najpierw trzeba namówić do tego pomysłu burmistrzów i wójtów gmin położnych nad polskim wybrzeżem, gdyż tam są najlepsze warunki wiatrowe i pokazać im jak działają takie wiatraki. Zabraliśmy ich do Danii, gdzie pokazaliśmy im fabrykę, pracujące farmy wiatrowe. Byli zachwyceni i gotowi to wdrożenia tej technologii u siebie. Niestety wtedy w Polsce nie było odpowiednich przepisów, wiedzy i zaplecza technicznego do tego typu działań. Pamiętam, jak pojechałem do Poznania, który wtedy odpowiadał za energetykę w zachodniopomorskim i usłyszałem, że to szalony pomysł, bo jak nie będzie wiatru to nie będzie prądu, itp. Po około trzech latach rozmów, dyskusji, zmienianiu i tworzeniu przepisów zostały stworzone podstawowe warunki do inwestowania w ten nowo powstający sektor energetyki. Ten pierwszy krok w kierunku energetyki odnawialnej wyglądał tak, że wygraliśmy przetarg na niewielką turbinę (250kW) w Nowogardzie, która zasilała oczyszczalnię ścieków. Pierwszy duży prawdziwy projekt to 30 MW w Zagórzu obok Wolina. Była to mozolna, wymagająca tysiąca czynności praca. Trzeba było także znaleźć poważnego inwestora. Tym inwestorem została duńska firma Elsam. Przygotowanie tego projektu trwało ponad rok. Zainwestowaliśmy wszystkie pieniądze firmy EPA, również włożyłem w to prywatne fundusze, właściwie wszystkie jakie miałem. Zaryzykowałem…, ale się udało. Przez długi czas byliśmy największym deweloperem energetyki wiatrowej w Polsce, współpracowaliśmy z firmami z całego świata.
Do dzisiaj mam fioła na punkcie energetyki odnawialnej. Niestety nie mogę postawić turbiny obok swojego domu, bo przepisy na to nie pozwalają, za to mam 50 kW samej fotowoltaiki.
Prezes z boiska
Z Pogonią to były zbieg okoliczności. Z racji mojego zaangażowania również w powstanie i dziesięcioletnie kierowanie Polskim Stowarzyszeniem Energetyki Wiatrowej miałem nieco więcej wiedzy i zdawałem sobie sprawę, że za niedługi czas rozwój energetyki wiatrowej zostanie zatrzymany przez fatalne zmiany w prawie. Lobby energetyki jądrowej i konwencjonalnej usilnie pracowało nad tym by to ich produkty uznane zostały za przyszłość polskiej energetyki. Dlatego postanowiliśmy sprzedać wszystkie projekty z naszego portfela, mając świadomość, że zarobimy na nich może 1/3 tego, co powinniśmy, ale uciekniemy od katastrofalnych strat. Była to i tak bardzo duża kwota. W tym samym czasie odezwali się do nas poprzedni właściciele Pogoni z prośbą o pomoc. Pogoń grała wtedy kolejny sezon w pierwszej lidze Oni nie mieli większych środków i bali się, czy uda im się w ogóle ten klub utrzymać. W związku z tym, że piłka zawsze była bliska mojemu sercu, ponieważ grałem w Pogoni jako dzieciak zresztą pod okiem Floriana Krygiera, to namówiłem kolegów wspólników, żebyśmy im przekazali trochę pieniędzy. Z czasem tych pieniędzy było coraz więcej aż doszło do takiego momentu, że w zamian za fundusze mogliśmy oczekiwać akcji klubu. Kiedy poziom obejmowanych akcji przekroczył ponad 90 procent musieliśmy zadecydować co dalej. Decyzja była prosta, właściwie jedyna możliwa - zostałem wybrany na prezesa klubu. Dzięki poważnemu zastrzykowi pieniędzy udało się na tyle wzmocnić skład zespołu, że awansowaliśmy do Ekstraklasy.
Buntownik z sercem
Zawsze byłem wrażliwy na społeczną niesprawiedliwość. Pamiętam, że jako bardzo młody człowiek mocno przeżywałem strajki z 70 roku. Biegałem do stoczni z jedzeniem i innymi rzeczami dla strajkujących tam ludzi, w tym członków mojej rodziny.
Udział w strajkach w sierpniu 1980 roku to była z jednej stron oczywista, a z drugiej strony bardzo trudna decyzja. W domu młoda żona, jakieś tam plany i tu nagle moi koledzy, pracownicy wydziału elektrycznego wypychają mnie do pierwszego rzędu strajkujących, bo zawsze byłem pyskaty. Ruszyliśmy pod główną bramę pokrzyczeć do dyrektora. Nie wiedzieliśmy co się wydarzy, może tak jak w 1970 po prostu zaczną do nas strzelać, byliśmy więc przygotowani na najgorszy scenariusz. Oczywiście bałem się tego, ale mimo to nie zmieniłem swojej decyzji. Trafiłem do władz strajku. W protestach przeciwko władzom komunistycznym w tamtym okresie, w tamtej rzeczywistości brała udział olbrzymia część społeczeństwa. Tak naprawdę poza życiem, nie mieliśmy nic do stracenia, ludzie niezwiązani z PZPR ledwie wiązali koniec z końcem. Dzisiaj choć wiele w codziennym życiu dostrzegamy fatalnych rozwiązań, nie jesteśmy gotowi do tak zdeterminowanych protestów. Większość ma bowiem zbyt wiele do stracenia, ludzie zdecydowanie więcej posiadają, boją się to, na co ciężko pracują, utracić.
Ta upartość została mi do dzisiaj. Nadal mówię głośno o tym co myślę. Trzeba wierzyć w ludzi. Oczywiście człowiek czasem się pomyli, ale nie można się zniechęcać i nagle ludzi nienawidzić. Mam swoje poglądy, ale zawsze z szacunkiem słucham tego co inni mają do powiedzenia. Dobrze mieć obok siebie bliskie osoby, czy będzie to rodzina czy przyjaciele. Ja mam to szczęście, że mam i wspaniałą żonę i wielu przyjaciół. Może dlatego, że jestem optymistą.




